matkazwioski | e-blogi.pl
_blog matkazwioski
Wielki Piatek 2015-04-03

Właśnie wróciłam z Misteriów Męki Pańskiej. Drogę Krzyżową przygotowywała w tym roku Panienka i jej przyjaciele z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. Mną wstrząsnęła, więc ośmielam się dalej ewangelizować, a skoro Panienka ma tekst w komputerze, nie zajmie mi to dużo czasu.

Droga Krzyżowa


To, co najistotniejsze w świecie wydarzyło się niegdyś na tej najważniejszej z dróg:       z Jerozolimy na Golgotę. To właśnie określa sens naszego losu od początku do końca.


       Panie Jezu, spraw, abyśmy krocząc Twoimi śladami stanęli w prawdzie o sobie i byśmy się tej prawdy nie ulękli. Przemień nas, Panie.


Stacja I – Pan Jezus na śmierć skazany.


I ja jestem Piłatem, który wydaje na drugiego człowieka niesprawiedliwy wyrok. Zbyt pochopnie, pod wpływem pierwszego wrażenia. Może mi się kiedyś naraził, więc teraz wyrównuję z nim swoje porachunki? A może dlatego, żeby się nie narazić tym, którzy sobie życzą, aby on był skazany? Sumienie nawet mi wyrzuca, że trzeba było też wysłuchać jego racji, ale dręczy mnie strach, że nagle oczy wszystkich zwrócą się na mnie, surowego sędziego.


Wydaję wyrok na człowieka: na Jezusa, który jest niesprawiedliwie skazany w tym człowieku.


Stacja II – Pan Jezus bierze krzyż na swe ramiona.


I ja wkładam krzyż na ramiona drugiego człowieka. Krzyż codziennych moich obowiązków, który sama powinnam nieść. To ja miałam dawać się w aktach miłości chorym, nieszczęśliwym, potrzebującym, ale jestem za wygodna, ale mi się nie chce, ale się boję, ale już za darmo nie mam ochoty nic robić.


Zamiast samemu nieść, najlepiej włożyć krzyż na ramiona drugiego człowieka: Jezusa, który będzie niósł w tym człowieku mój krzyż.


Stacja III – Pan Jezus pierwszy raz upada pod krzyżem.


I ja stoję i patrzę na człowieka, który leży u moich stóp. Nie potrafi iść dalej. Załamał się. Ma już wszystkiego dość: ludzi, świata, siebie, życia. Wykręcam się od niego. Unikam go jak mogę. Ale chwalę się, że mam tyle cierpliwości do niego. To nie wystarczy! Trzeba schylić się i spróbować dźwignąć tego, który upadł. Mówię: „Dlaczego ja, jest tylu innych, jego krewnych i przyjaciół.”


Wciąż stoję bez ruchu i przyglądam się człowiekowi leżącemu u moich stóp: Chrystusowi czekającemu na moją pomoc


Stacja IV- Pan Jezus spotyka swoją matkę.


I ja spotykam najdroższego mi człowieka na jego drodze krzyżowej. Z przerażeniem patrzę, jak bardzo jest zmieniony. Bardzo cierpi. Ukrywa przede mną swój ból. Z trudem powstrzymuję się od płaczu. Ja, która dla niego jestem gotowa wszystkiego się podjąć, jestem zupełnie bezsilna i to jest dla mnie najstraszniejsze. Dlatego patrzę na niego i błagam go oczami: „Daj mi trochę twojego cierpienia. Daj mi trochę siebie, bym mogła ci towarzyszyć”.


Jednoczę się z nim jak Matka Najświętsza z Jezusem na drodze krzyżowej.


Stacja V – Szymon  pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi.


I ja jestem Cyrenejczykiem, którego zmuszono, by wziął krzyż. Krzyż, którego drugi człowiek nie był w stanie udźwignąć. Dano mi propozycję, bym pomogła drugiemu człowiekowi, bo sobie nie daje rady, a właściwie wzięła za niego jego robotę. Teraz dźwigam ten krzyż, ciężki i wciąż obcy dla mnie. Wciąż mam to za złe temu, który idzie obok mnie, wciąż czekam na okazję, by pozbyć się zbędnego balastu. Ale może coś się we mnie przełamie i na tej drodze odkryję w moim towarzyszu człowieka.


Będę wdzięczna Bogu, że pozwolił mi spotkać się i przez jakiś czas iść z nim:  z Jezusem, który nie potrafił unieść swojego krzyża.


Stacja VI – Weronika ociera twarz Panu Jezusowi.


I ja mogę być Weroniką. I ja mogę otrzeć twarz człowiekowi z krwi, potu, plwocin, brudu. To w mojej obecności niszczą człowieka. To ja widzę, jak plują na niego i rzucają błotem. Jest mi przykro, że człowieka, który nie zasłużył na to, tak traktują. Jest mi wstyd za tych, co to robią, bo wiem, ze to zło, które mu przypisują jest zwyczajnym oszczerstwem,      a przynajmniej złośliwym zafałszowaniem prawdziwego obrazu, krzywdą, na którą on sobie absolutnie nie zasłużył. Jak długo potrafię tego słuchać? Kiedy obudzi się we mnie poczucie sprawiedliwości? Kiedy zaprotestuję? Zdrowy rozsądek ostrzega mnie: nie ma co opowiadać się po stronie przegranego, potępionego. Nie opłaca się taka deklaracja.


A chodzi tylko o to, by przynajmniej na mgnienie oka wyjrzała prawdziwa twarz krzywdzonego człowieka: Jezusa, który w tym człowieku jest zelżony.


Stacja VII –Pan Jezus drugi raz upada pod krzyżem.


U moich stóp leży człowiek. Stoję nad nim i patrzę z pozycji swej doskonałości. On to człowiek przegrany, zniszczony, odrzucony. Sam sobie jest winien. Sam siebie zniszczył,  ale rzecz w tym, że nie sam jest odpowiedzialny za to, co się stało. Szargano jego opinię, rzucano oszczerstwa, podejrzenia, wyolbrzymiano jego potknięcia. Teraz mówią, że nie powinien do tego dopuścić. Wiem dobrze, że to też moja wina. Znam prawdę.


Mogę go uratować i uratować siebie od tego zła, za które będę odpowiadać, ale wciąż stoję bez ruchu i przyglądam się człowiekowi leżącemu u moich stóp: Chrystusowi pokonanemu przeze mnie w tym człowieku.


Stacja VIII – Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty.


I ja spotykam człowieka dobrego, który cierpi. Sama się dziwię, że stać mnie na współczucie. Byłam przekonana, że świat opiera się na zasadzie handlowej: daję ci, abyś mi też kiedyś dał. Aż spotkałam człowieka dobrego, który niczego nie oczekiwał. Służył zawsze radą, pomocą, A teraz stoję wobec jego katastrofy. Jestem przerażona niesprawiedliwością. Bóg przecież powinien takiemu błogosławić, niechby ludzie widzieli, że życie uczciwe się opłaca. Równocześnie ten dobry człowiek nie chce pomocy, wręcz odmawia.


Trwam przy dobrym człowieku, który cierpi, jak trwały niewiasty, które spotkały Jezusa na drodze krzyżowej.


 


Stacja IX – Pan Jezus trzeci raz upada pod krzyżem.


 


Patrzę na człowieka będącego u kresu sił. Stary człowiek. Jeszcze coś załatwia, krząta się wokół własnych spraw, mówi, ale to wszystko nieporadne, nieskładne. Powtarza się, zapomina, zanudza mnie. Patrzę na niego z niecierpliwością, z litością, pogardą. Jest samotny, opuszczony. Nikt go nie odwiedza, a przecież to był człowiek mądry, szanowany. Ofiaruję mu to, co mam najcenniejszego: swój czas. Pójdę z nim na spacer, powspominam, zaproponuję mu, by podjął jakiś niewielki obowiązek, który wypełni nową treścią jego życie. Spróbuję postawić go na nogi.


Nie będę stała bezczynnie nad Jezusem leżącym w tym człowieku u kresu swej drogi krzyżowej.


Stacja X –Pan Jezus z szat obnażony.


I ja jestem oprawcą, który zdziera z człowieka szatę codzienności, który odkrywa grzechy, śmiesznostki, tajemnice wstydliwe, wykroczenia dotąd skrzętnie ukrywane przez tego człowieka. Kpię z niego, z jego ran, słabości, kompleksów, upadków. Mówię, że nie kłamię, bo on naprawdę taki jest, ale w gruncie rzeczy krzywdzę tego człowieka, niszczę w oczach ludzi. Pokazuję palcem, koloryzuję, szydzę, podśmiewam się, rechoczę wraz z innymi zachęconymi moją odwagą. Żebym miała choć odrobinę dyskrecji! W pierwszej chwili przyrzekałam sobie, że nikomu nie powiem, ale nagle usłyszałam siebie mówiącą to, co miało być przemilczane.


Ja zdarłam szatę z bliźniego mego. Ja zdarłam szatę z Jezusa skrzywdzonego w tym bliźnim.


Stacja XI – Pan Jezus do krzyża przybity.


Przychodzę do człowieka, który leży przybity do łoża boleści. Jest spocony, opadły z sił, śmierdzi chorobą, lekarstwami. Nie potrafi zrobić porządku w swoim mieszkaniu, zadbać       o siebie. Patrzy na mnie zawstydzony swoim stanem. Zbliżę się do niego, usiądę obok. Będę mówić do niego pogodnie, opowiadać, wspominać. Niech choćby na chwilę zapomni o swojej chorobie.


            Ulżę w cierpieniu człowiekowi: Jezusowi przybitemu w tym człowieku do krzyża boleści


Stacja XII– Pan Jezus na krzyżu umiera.


Towarzyszę konającemu. Jestem z nim w tej najważniejszej i najtrudniejszej chwili. To trudna chwila dla każdego, nawet dla najświętszego. Nawet dla bardzo cierpiącego, który pragnie wyzwolenia z jego męki. Pomogę mu nie bać się, przełamać strach i ból. Potem przyjdzie ostatnie westchnienie i poczuję, że w swoich rękach trzymam już nie człowieka, tylko jego ciało. Pomodlę się za tego, który stanął teraz przed Bogiem. Zobaczył Tego,          w Kogo wierzył, zjednoczył się z Tym, do którego dążył całym swoim życiem.


            Będę towarzyszyć człowiekowi konającemu:  Jezusowi konającemu w tym człowieku.


Stacja XIII – Pan Jezus zdjęty z krzyża.


I ja mogę być tą, w której ramiona złożą ukochanego człowieka. Walczyłam o jego życie,      o jego dobrą śmierć. Moje dni były nim wypełnione. Teraz wszystko się skończyło, jego już nie ma. Została po nim pustka nie do wypełnienia, został bezbrzeżny żal. Trzeba będzie zająć się pogrzebem, uporządkować jego osobiste rzeczy, załatwić sprawy spadkowe.


Obym była podobna do Jego Matki opiekującej się ciałem Jezusa, ciałem człowieka, który umarł z Jezusem.


Stacja XIV – Pan Jezus złożony do grobu.


I ja mogę uczestniczyć w pogrzebie zmarłego. Nazywają pogrzeb ostatnią przysługą, bo to jest wszystko, co jeszcze można w sensie materialnym zrobić dla drugiego człowieka – odprowadzić go do grobu. Pragnę mu towarzyszyć w tej ostatniej drodze. Nie chcę tego słowa: „ostatniej”. Przyjaźń, miłość jest wieczna. Może on już mnie nie potrzebuje, ale ja chcę, by we mnie trwał, chcę nim nadal żyć. Przyjdę do niego w Dzień Zaduszny, ale również w zwyczajne dni, zapalę znicz, zmówię modlitwę.. Niech jego obecność pomaga mi żyć, aż     i na mnie przyjdzie czas. Tam spotkam wszystkich i wszystko, co kocham.


Spotkam się również z tym, w którego pogrzebie uczestniczę: z człowiekiem uwielbionym – z Jezusem Chrystusem uwielbionym w tym człowieku.


Według : „Medytacje. I ty jesteś Piłatem” ks. Mieczysława Malińskiego.


 


Zmartwienia, śmiechy i pisanki 2015-04-02

„-Moim zdaniem najlepiej martwić się drobnymi sprawami – odezwał się ostrożnie Joshua. – Sprawami, którym martwienie się może pomóc. Takimi jak przygotowanie potrawki z małży albo podanie ci kawy. A te większe… cóż, trzeba się nimi zająć, kiedy już nie ma wyjścia.”
 
Za takie zdania kocham Terry’ego Pratchetta. Dlatego staram się nie martwić tym, że w tym roku jeszcze nie przyleciały bociany. Ani nasze, do gniazda na stodole, ani żadne inne z Wioski, ani w ogóle w okolicy. „Na Zwiastowanie bocian na gnieździe stanie” i tak zwykle bywa, przylatują około 25 marca. Wróżymy sobie: pierwszy bocian widziany w locie – dobry rok, zmiany na lepsze! Wychodzi tu ludowa mądrość,  bo lecące bociany spostrzeże ten, kto cały dzień spędza na polu i w ogrodzie, a temu się będzie darzyć. „Kto się nie leni, temu się zieleni, a kto sieje w błoto, ten zbiera złoto” – mawiał mój dziadek.  No, na kurpiowskich piaskach rzeczywiście owies tak trzeba było wysiewać! A w tym roku ani nie posiane, ani boćków nie ma. Podobno do nich strzelają. A może jest jeszcze za zimno? Ale przecież nie raz już bywało, że na panią bocianową wysiadującą jajka padał śnieg! Wiadomo: kwiecień-plecień. Ptasi drobiazg już terlika po krzakach, wszędzie odbywają się zaloty i skrzętne budowanie gniazd, po niebie ciągną już coraz rzadziej ostatnie klucze dzikich gęsi, a bocianów nie ma. No, trudno.

A czy martwienie się, że moje dzieciaki zaśmiewają się w pokoju Młodego ma sens? Przecież zawsze  uwielbiałam ich śmiech! A teraz? Wydaje mi się, że w sytuacji, w jakiej znalazła się nasza rodzina,  powinni być… inni? Nie widzieli się tak długo, i zamiast porozmawiać poważnie, ryczą ze śmiechu! No, ale to też jest większa sprawa.

Martwię się więc, czy zbierane od dawna białe jajka nie pękną w gotowaniu, czy kuśtyczki do pisania mocno tkwią w draskach, czy wosk się nie przypali. Pewnie nie, przecież pisanki robię od dziecka! Ale to zwykłe, coroczne zmartwienia. To ogarniam.


Już wiem, co ich tak bawiło. Przy porządkach znaleźli zeszyt z dyktandami, które im układałam.  Wymyślałam im wierszyki ortograficzne, bo walili byki  wielkie jak nosorożce z częstotliwością ponadprzeciętną.  Mam list od Panienki, gdzie w słowie „osioł” były cztery błędy i rysunek robota wykonany przez Młodego i podpisany „sztuszny musk”. Skąd mogłam wiedzieć, że nadejdą czasy, gdy błędy będą się same podkreślać na czerwono! Ja piszę ortograficznie, choć podobno interpunkcja mi w pisaniu nie przeszkadza. Moje dzieci już też. Aha, nie jestem nauczycielką, poetką ludową i tak dalej. Jestem, trochę, sadystką.

Jajka już opisane. Malujemy je metodą batikową, pisząc roztopionym woskiem gałązki, kłosy, słońca, światy i inne tradycyjne wzory, a potem barwiąc pisanki w farbach do tkanin. Panienka jest prawdziwą artystką, ja mam dobre rzemiosło, a Młody eksperymentuje. To będą jajka na ozdoby, do wyłożenia na rzeżusze i obok owieska. W Wielką Sobotę , do święconki, ugotujemy świeże.

         Z moich dyktand do dzisiejszej pogody pasuje to: 

                       Skarży się żałośnie brzydki nosorożec
                       Gdyż corocznie, właśnie o tej porze
                       Mżawka, deszcz, śnieżyca, także zamieć
                       Powodują, że stworzenie boże marznie.
 
           Chociaż mężny, to zziębnięty zwierz się maże
           Marząc, że już wkrótce minie marzec.
           Wszak szczęśliwszy jest, choć drżący, nosorożec,
            Kiedy dłuższy i cieplejszy dzień na dworze.
 
                     Świeżo ostrzyżony stróż w beżowym swetrze
                     Strząsnął śnieg z słomianej strzechy – idzie lepsze!
                     Pąki wierzby poszarzały jak kocięta,
                     Już dziewuszki obok strużki wróżą święta.
 
            Żółtej róży krzew przy murze śni o wiośnie,
            Rozwrzeszczane brzdące śmieją się radośnie.
            Z krzykiem przemierzając dróżkę przez podwórze,
            Skaczą wprost w kałuże duże i nieduże.
 
                   Pan krzyżówka, powróciwszy już z podróży
                  Czujnie patrzy, czy małżonce zdrówko służy.
                  Na krze nóżki przemarznięte w pierzu grzeje
                  I na rychły powrót wiosny ma nadzieję.
 
     Nad horyzont szpicą wzbił się odrzutowiec,
    Toteż nastrój ma weselszy nosorożec.
    Wiosna chyżo zmierza do nas równym krokiem,
    To dyktando również mistrzom wyjdzie bokiem!
 


Palmowa Niedziela 2015-03-29

Nie jestem zrozpaczoną matką.  Nie rozpaczam, bo to droga do nikąd. W ten sposób na pewno nie pomogę Panience. Jak mogę jej pomóc? Tego niestety nie wiem. Jestem obok, patrzę, czuwam. Dużo rozmawiamy, więcej, niż kiedykolwiek w jej króciutkim jeszcze życiu. Nie tylko o tym, co się wydarzyło.  To nowe dla mnie i dla niej, bo obie nie jesteśmy z tych, co wywalają bebechy i wałkują głośno swoje uczucia, przeżycia, myśli.  Panienka jest spokojna, moim zdaniem zbyt spokojna. Już nie płacze, bez emocji mówi o swojej zawiedzionej miłości. O samym gwałcie nie rozmawiamy i być może jest to zamiatanie pod dywan, być może to kiedyś wypłynie, oby nie tragicznie. Nie wiem.
- Mamo, nie pamiętam tego i nie chcę pamiętać. Nie drąż, bo to bez sensu.
No, to nie drążę. O przyszłości też nie rozmawiamy. Tu ja pękam. Sprawdzałam w Internecie, jak wygląda 19-tygodniowy płód.  Podobno wyraźnie widać jego płeć, rysy twarzy. Panienka już czuje jego ruchy, a ono reaguje na dźwięki, odróżnia smaki, miewa czkawkę. Podobno nie czuje bólu. To ważne, bo w czasie aborcji nie znieczula się płodu. Z tego, co wyczytałam,  tak zaawansowaną ciążę usuwa się krojąc dziecko na kawałki.  Panienka kończy osiemnaście lat  zaraz po Wielkanocy. Wyjeżdża 14 kwietnia. Wcześniej, niż początkowo planowała.  Tatuś kupił jej już bilet, załatwił wszystko.  To są rzeczy, które mogę napisać, powiedzieć nie potrafię. Kiedy mała wróci, jak to ona kiedyś określiła, pusta, pisać przestanę. Żałobę przeżyję sama.

Nie rozpamiętuję przeszłości, bo jej już nie zmienię. Nie myślę o przyszłości, bo nie mam tyle siły. Przygotowuję święta, bo to potrafię.

Wczoraj wiązałyśmy z Panienką palmy. Zawsze robimy je same, tak jak uczyła mnie moja babcia ze Zbójnej.  Przede wszystkim, palma musi być długa, bo im jest dłuższa, tym lepszy będzie rok. Niedaleko Zbójnej, w Łysych, robią je kilkumetrowe, wiązane na młodych sosenkach, ale babcia kazała zawsze na palmę wycinać młodą chlubkę wierzbową. Gałąź wierzby wsadzona do ziemi wyrośnie w drzewo, odrodzi się z małego kawałka. My mamy być tak jak ona, odradzać się z nieszczęścia.  Na czubie muszą być wierzbowe kotki, zwykle wiążemy ich więcej, cały pęczek. Pod spodem za to konieczne są świeże, zimozielone liście. Babcia zwykle używała borówki, bo w kurpiowskim boru rosło jej w obfitości, my mamy w ogrodzie trzy krzaki bukszpanu i to jego gałązki wplatamy w palmy. Kwiaty do kurpiowskiej palmy są zawsze z krepiny, nigdy suche. Zdaniem babci, suchy kwiat jest martwy, a palma musi być żywa. Panienka i Mamasza (mama bez pomocy wzroku!) robią je metodą cukierkową, na pasku krepiny wytłaczając w palcach wzorek ruchami jak przy zawijaniu cukierków, a potem zwijając je w takie zgrabne różyczki we wszystkich kolorach. Ja wolę kwiaty podobne do naturalnych róż, krokusów, narcyzów, maków i kwiatów jabłoni, albo bawię się tworząc zupełnie fantastyczne, wymyślone kwiaty w kolorach pasujących mi do mebli, płaszcza, apaszki lub nastroju. Kwiaty przygotowujemy przez cały Wielki Post i to są jedyne wieczory, kiedy  ciurkiem oglądam telewizję. W sobotę przed Palmową Niedzielą tnie się bukszpan lub przynosi barwinek z ogródka i zaczynamy wiązać palmy. Robimy ich dużo, bo każdy musi iść ze swoją do kościoła, a dajemy je też w prezencie naszym przyjaciołom . Kiedyś sprzedawałam je też na wielkanocnych jarmarkach, ale odkąd w supermarketach można kupić palmy za 2-3 złote, na takie nasze nie ma już amatorów.  Po powrocie z kościoła uderza się poświęconą palmą domowników wołając:  „Palma bije, nie zabije,  za tydzień Wielki Dzień!” albo „Palma bije, nie zabije,  za sześć noc Wielkanoc!” i koniecznie łyka po jednej wierzbowej kotce, co przez cały rok chronić ma od  bólu gardła. Nie wiem, czy to z tego powodu nigdy w życiu nie miałam anginy. U babci palmy stały potem do Środy Popielcowej w Świętym Kącie a dziadek po zimowej przerwie wyganiał nimi zwierzęta na pastwisko.  Ja palmy wstawiam po prostu do gliniaka, a krowę wypuszczam  do okólnika przez cały rok. Ile z tej tradycji zachowa w swoim domu Panienka? 


Duchowa Adopcja 2015-03-23

Opublikowałam notkę i zajrzałam do komentarzy . Maryjo, ratuj! Ja się z Wami wykłócam? 18 komentarzy,  czasem śmiesznych, czasem strasznych, mojej odpowiedzi żadnej  i to JA się kłócę? Sorry, może ja piszę niejasno, tak umiem.  NIE JESTEM JEZUITĄ ( MOŻE SZKODA!) , MĘŻCZYZNĄ, DZIENNIKARKĄ, WIELBŁĄDEM. NIE JESTEM Z MIASTA, ALE TEGO NIE WIDAĆ, NIE SŁYCHAĆ I NIE CZUĆ.

Jeśli ten blog wydaje  Wam się nudny, to wybaczcie, ale nie ma obowiązku go czytać. Ja bym wolała, żeby moje życie było nudne totalnie, jak flaki z olejem. No, nie jest. Generalnie co się polepszy, to się popieprzy. A jak ja bym umiała nudnie a pięknie napisać o wielkich porządkach u Doktorostwa i Modnej Żony, o krokusach, co już u nas kwitły łanem, o bratkach, które sobie wyhodowałam w szklarni i miałam dzisiaj wysadzić do wiklinowych koszyków, a tu rano niespodzianka: za oknem śnieg i minus 3 stopnie!  Nie mieści się w głowie, że zwykła sprzątaczka umie pisać? Może nie całkiem zwykła, a zaczynałam od czytania i tak mi zostało. Jeżeli jednak zaglądacie tu i czytacie z przyjemnością, to macie dwie opcje: literatura lub życie. Wybierajcie sami, nie swoją tajemnicą się zasłaniam.  I przepraszam, że na te komentarze nie odpowiadałam, ale ja naprawdę  nie mam komputera, a z cudzych, po doświadczeniach z Panienką, już nie spróbuję pisać. Jak się usuwa historię przeglądarki? Tego mnie na kursie nie uczyli! Panienka przyjeżdża do domu co weekend, ale z laptopem jest sklejona,  a ja muszę czekać, aż przestanie gadać z dziewczynami i całym światem. Późnym wieczorem to z kolei ja niekoniecznie mam siłę, więc zwykle dopiero w niedzielę  siadam, surfuję i piszę, przeważnie kończąc grubo po północy. Dziś dostałam komputer wcześniej, mała w swoim pokoju uczy się albo udaje naukę, by się ode mnie odgrodzić. Długo dzisiaj rozmawiałyśmy.  O czym, to nasza sprawa. Nie piszę na tym blogu wszystkiego, bo pewne rzeczy są tylko dla nas.

Graża, Ty nie masz dzieci, prawda?  Dlatego może wydają Ci się świetne rozwiązania siłowe: zmusić, zabronić… Po pierwsze: jak? Zamknąć  (chyba w piwnicy, bo przez okno zawsze zwieje), zbić, zagłodzić? Nie puścić do szkoły? Już pomijając, że wszystko to „nosi znamiona przestępstwa”, jak uczenie mówią prawnicy, to przecież tu chodzi o moją córkę, moją ukochaną córeczkę. Nawet jeżeli ona zrobi to, co zamierza, to mam nadzieję, że wróci do domu. A jeżeli nie? Cokolwiek by nie zrobiła, jakkolwiek by się nie zachowała, to ja jej kochać nie przestanę. A ona mnie? Jeżeli straci do mnie zaufanie? Jeżeli poczuje się zagrożona? Jeżeli zachowa urazę? Nie mogę, naprawdę nie mogę wspierać jej w zamiarze aborcji, ale chcę i muszę wspierać ją w życiu. Nie narzucać jej, jak ma żyć, ale być obok i na każdy sygnał z jej strony spieszyć z pomocą. Czuwać, być gotową i kochać. No i modlić się, bo pomoc Boża jest tu niezbędna. I przekonać o swojej miłości Panienkę, bo jeżeli przegnę, to po prostu ją stracę, być może na zawsze.  Panienka dziś wieczorem chce być sama. Zagląda na tego bloga, więc przeczyta to, co napisałam, może skomentuje.  Poprzednia notka to oczywiście ściema. Było dokładnie tak, jak napisałam, ale myślę, że teraz mała jednak to przeżywa. Sama. No trudno. Wie, że jestem obok.
 
Widzę, że się nie rozumiemy, więc może zacznę od początku. Dziś mam dużo czasu, jak wtedy, w sylwestra, gdy pisałam pierwszą notkę. To nie miał być blog, a list do mojego brata, Józka, zakonnika. (Brata z krwi, nie współbrata, Noemiblues!) Opisałam mu wszystko, poprosiłam o radę i modlitwę, a potem zakończyłam, że proszę o dyskrecję, bo Panienka zabroniła mi o tym komukolwiek powiedzieć.  Wtedy zrozumiałam, że nie mogę tego listu wysłać Józkowi! Nie jemu! Zawsze był najlepszy z naszej piątki, kryształowo uczciwy, brzydzący się wręcz kłamstwem, lojalny, wierny, wierzący. Nigdy się nie godził, by coś zachachmęcić, nigdy nie chciał nas kryć przed rodzicami, ale zawsze można było na nim polegać.  Odpowiedź byłaby jedna: Dlaczego złamałaś prośbę Panienki? Dlaczego nie uszanowałaś jej woli?
No, dlaczego? Bo ja też byłam zagubiona, zaskoczona, przerażona! Bo potrzebowałam, by mi ktoś powiedział: „Nie martw się, powierz to Bogu, On ze wszystkiego wyprowadzi dobro, zaufaj Mu i czekaj, aż Panienka zacznie mówić”.  Tak powiedziałyby mi moje przyjaciółki, pewnie Mamasza, może Młody.  Nie mogłam z nimi rozmawiać, dałam słowo.  Siedziałam w swoim pokoju,  Panienka za ścianą oglądała telewizję, a we mnie kipiało.  Wymyśliłam bloga.  Blogspot od razu wyświetlił moje nazwisko,  zrezygnowałam. Tu trafiłam po zadaniu pytania „Gdzie założyć bloga?” Innych opcji nie sprawdziłam, może szkoda.  Nowy Rok witałam bawiąc się słowami, starając się, by moje życie zmieniło się w literaturę. Takie śliczne, uładzone, nie bolało już tak bardzo, nie wywoływało lęku. To rzeczywiście niosło spokój. Pierwsze komentarze też były przyjazne, rzeczywiście poczułam, że nie jestem już sama, że ktoś, całkiem obcy, wspiera mnie, życzy mi siły. Zaczęłam pisać dalej.  O tym, co mnie w danej chwili poruszyło, co chciałam z siebie wyrzucić.
„Dobry ksiądz” się nie zdarza? No, w Onecie na pewno! Znam wielu księży. „Znam” trzeba zrozumieć dosłownie: powiedzmy, że pozdrawiamy się na ulicy i kojarzymy nawzajem. Niektórych, na przykład tych pochodzących z naszej parafii lub tych, którzy u nas posługiwali, znam prywatnie, z kilkoma jestem dość blisko. Z naszym obecnym proboszczem zaprzyjaźnił się mój mąż, obaj są w tym samym wieku, z miasta i zapaleni wędkarze. W zakonie werbistów jest mój brat, u benedyktynów kolega z klasy, dwóch przyjaciół z Oazy zostało księżmi diecezjalnymi.  Innych, których poznałam na rekolekcjach, którzy są moderatorami naszego ruchu formacyjnego, którzy mieli z nami wykłady w Szkole Biblijnej, poznałam  już bardziej z kazań i nauczania, choć także z mniej oficjalnych rozmów. Tych z naszego dekanatu, którzy przyjeżdżają do nas czasem na zastępstwa, znam prawie wyłącznie z ambony i no cóż, z plotek.  Co mogę o nich powiedzieć? Moja siostra, panną jeszcze będąc,  twierdziła, że co by jej się chłopak nadawał na męża, to idzie do seminarium.  Księża są różni. Niektórzy mądrzy, ofiarni, żarliwie wierzący, naprawdę „dobrzy pasterze”. Inni jakby mniej. Niekiedy świetnie gospodarują parafią, ale duszpasterstwo im nie leży. Inni wręcz przeciwnie. Nie wszyscy są dobrymi mówcami. Niektórzy są niedouczeni.  Jest i taki, który nawet jeśli wierzy w Boga( nie śmiem wątpić, że nie), to na oko tego nie widać: do kościoła wchodzi jak do stodoły, przed Najświętszym Sakramentem dyga, a nie klęka, mszę odprawia jak z taśmy, ale za to sprawnie załatwił dotację i przeprowadził remont kościoła, nie dla siebie przecież, a dla wiernych. No cóż, podobno każda parafia ma takiego pasterza, na jakiego zasługuje i jaki jest jej potrzebny. W każdym razie o takich obrzydliwych patologiach, jak ksiądz G. , ja nie słyszałam. Ja wiem, że my wszyscy chcielibyśmy, żeby nasi księża byli wyjątkowi. Przecież zostali powołani, wybrani przez Jezusa! No tak, ale spośród nas, a my jesteśmy…  przeciętni i grzeszni.  Chrześcijaństwo to religia wybaczenia. W naszej najważniejszej modlitwie mówimy:  „Jako i my wybaczamy naszym winowajcom”. W powiedzeniu, że nie ma złych kapłanów, są tylko tacy, za których się wierni zbyt mało modlą, jest sporo prawdy.

Zarzucacie mi, że próbuję swoje poglądy narzucać innym (agresywnie!). Wręcz przeciwnie! Czyż nie pisałam, że to moje poglądy i że wiem, że przynajmniej niektóre nie są zgodne z obowiązującym nas wszystkich prawem?  Prawa musimy przestrzegać. Eutanazji, dzięki Bogu, jeszcze u nas nie wolno wykonywać, ale jeśli chcecie wybierajcie tych, którzy będą ją popierać. Ja wybiorę tych innych. Tyle możemy - głosować.  Zaczęłam pisać o eutanazji, bo to był news, bo przeczytałam, że Terry Pratchett, jej zwolennik, zmarł jednak w sposób naturalny. Choć przykro mi, że w ogóle umarł, jest to dla mnie pociechą.  Bardzo przejęłam się samobójczą śmiercią Robina Williamsa, o którym, być może naiwnie, myślałam, że to człowiek spełniony. Widać nie, szkoda.

Noemiblues, myślę, że potrafię wyobrazić sobie, co czuła matka, która przeżywszy pięć poronień dowiaduje się, że kolejne, wytęsknione i wymarzone dziecko jest niezdolne do życia, że nieuchronnie umrze. Bardzo jej współczuję. Podobnie jak dziecku. Nie wiem, czy to maleństwo cierpiało po urodzeniu, prawdopodobnie nie, bo utrzymywane było w śpiączce. Nie wiem, czy cokolwiek czuło. Wiem, czego na pewno nie zaznało. Matka go nie przytuliła.  Skupiła się na swoim bólu, swoje cierpienie chciała skrócić. Miała prawo. Nam jej oceniać nie wolno, ale mi wolno powiedzieć to, co o tym wiem, tylko z mediów, więc być może nieprawdziwie: zabrakło w tym wszystkim miłości. Donosiła ciążę wbrew swojej woli, bo jej lekarz prowadzący nie powiedział jej wprost: „Ja pani aborcji nie zrobię, prof. Chazan też nie, więc niech pani szybko znajdzie kogoś, kto to zrobi, bo ma pani niewiele czasu.” Akurat w tym przypadku winy prof. Chazana nie widzę, co nie zmienia faktu, że moim zdaniem podejmując się funkcji  dyrektora państwowego szpitala nie może się zachowywać jak primabalerina, która wstydzi się odsłaniać nogi lub, brutalniej,  jak dyrektor rzeźni, któremu żal zwierzątek. Powierzono mu funkcję, z którą wiążą się określone obowiązki, a on się na to zgodził.

Polecałam Wam blog  Uli www.kochamjaska.pl. Tam możecie poczytać o miłości prawdziwej, trudnej i pełnej wyrzeczeń.  Z Ulą znamy się od dawna, bo od kilkunastu lat szefuje stowarzyszeniu „Adelfi” , które pomaga organizacjom pozarządowym. To pewnie znowu rozbija stereotypy, jakimi myślicie o wsiokach, ale my działamy w  różnych stowarzyszeniach, nie tylko w kółkach różańcowych.  Nad tym, by nasze statuty można było zarejestrować w KRS, a nasze z dobrej woli prowadzone działania były legalne, czuwa „Adelfi”. Aktywizuje też małe, wiejskie środowiska, organizuje kursy i szkolenia, między innymi komputerowe i języków obcych, pomaga prowadzić księgowość stowarzyszeń itp. Stąd znamy Ulę, a jej zaangażowanie pomogło nam rozwijać nasze pasje (niekoniecznie w dziale kulinarnym i robótek ręcznych).  Ula, której głęboko upośledzony synek Jasiek  skończy w lipcu trzy lata, napisała, że Jaśki rodzą się po to, byśmy uczyli się je kochać. Ja wiem, że w rodzinie Uli miłości nie brakuje. Jeżeli macie odwagę, spytajcie Ulę, dlaczego kocha Jaśka i czy nie wolałaby, by spoczął obok Tadzia i Agatki.  Mój młody przyjacielu, jak ty sobie prawnie wyobrażasz ocenianie, kiedy rodzina pozbywa się starego dziadka albo chorego dziecka z miłości, a kiedy z wygodnictwa albo po prostu ze zmęczenia?

Nie wiem, skąd Wam przyszło do głowy, że lubię cierpieć i innych zmuszam do cierpienia. To głupie! Nawet Jezus nie chciał cierpieć,  prosił  Ojca, by oddalił kielich męki. Wypełnił jednak do końca wolę Boga.   Kiedy mnie coś boli, łykam tabletkę! Niekiedy nie pomaga. Wtedy zaciskam zęby, ale idę do lekarza, żeby się leczyć. W końcu przechodzi. To ja robiłam zastrzyki przeciwbólowe mojemu Tacie. Byłam przy tym, jak cierpiał. Do końca. To było w latach osiemdziesiątych, teraz mamy już zupełnie inne środki przeciwbólowe, zupełnie inną opiekę. Być może już wkrótce uda nam się zwyciężyć ból, ciągle jednak nie wszystkie choroby możemy wyleczyć.  Na pewno nie zwalczymy starości. Mamasza nie widzi, ale jeszcze mogę ją zostawiać w domu samą, pod dyskretnym baczeniem sąsiadek.  Coraz częściej jednak mówi zupełnie od czapy, zapomina, przekręca, złości się bez powodu. Dziecinnieje. Już niedługo pewnie będzie wymagała całodobowej opieki. Co wtedy zrobimy? Nie wiem, ale na pewno się jej nie pozbędziemy.  Co mogą zrobić ludzie, których takie nieszczęście dotknęło? Hospicjum? Oddział paliatywny? Opieka? Nie wiem, ale na pewno jest dużo wyjść innych niż zabójstwo. Ważne, by umieć powiedzieć: „Nie moja, a Twoja wola niech się stanie”. I wytrzymać do końca, do śmierci, która przecież w końcu przyjdzie. 

Ewangelizuję? Chciałabym! Przyjmując sakrament Bierzmowania prosiłam o dary Ducha Świętego właśnie w tym celu i zobowiązałam się do tego, jak każdy katolik.  Jeżeli jednak ewangelizuję naprawdę, w realu, to życiem, nie słowem. Tu jest inna, wirtualna rzeczywistość.

Wybaczcie, ale jeżeli NAPRWDĘ WIERZĘ, że

1.Jest jeden Bóg.
2. Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze.
3. Są trzy Osoby Boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.
4. Syn Boży stał się człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia.
5. Dusza ludzka jest nieśmiertelna.
6. Łaska Boża jest do zbawienia koniecznie potrzebna.
 
to MUSZĘ twierdzić, że ktoś, kto w to nie wierzy, jest w błędzie. Jaka by była moja wiara, gdybym myślała inaczej? Jest jedna prawda! Albo jabłko jest, albo go nie ma, ktoś ma rację, a ktoś się myli.
Wy wierzycie w co innego. Proszę bardzo! Zależy mi na Waszym zbawieniu, więc będę się starała Was i w ogóle wszystkich ludzi, przekonać do swoich racji, ale nie będę płakać, jeśli mi się nie uda. Pan Bóg szanuje wolną wolę człowieka, ja tym bardziej.

A „cywilizacja śmierci”?  Termin ukuł Jan Paweł II.
"W 2003 na świecie dokonano prawie 42 mln zabiegów aborcji[85][86]. W UE rocznie przeprowadza się około 1,2 mln zabiegów przerwania ciąży[87]. W latach 1973-2003 dokonano na świecie ok. 1 mld aborcji[88]."
To skopiowałam z Wikipedii, nie z ulotek pro life.  Bez komentarza. A środowisko pro life to niekoniecznie katolicy. I o ile naprawdę jest mi wszystko jedno, czy ktoś wyznaje jakąś i jaką religię, czy też jest ateistą lub agnostykiem, to przy „nie zabijaj” będę się upierać. Tolerancja to nie jest przyzwolenie na zło.    

Być może czytają to również katolicy. Do Was mam prośbę, choć może o tym wiecie. W święto Zwiastowania, 25 marca, można w kościele adoptować dziecko poczęte. Przez 9 miesięcy odmawia się dowolnie wybraną dziesiątkę różańca w intencji dziecka zagrożonego aborcją. Ja w ten sposób modlę się od lat, za Bogu wiadome dzieci i nigdy nie pomyślałam, że ten problem może dotyczyć mnie osobiście. Was też proszę o taka modlitwę. Modlić się, to nam wolno. 
 


flaki mi się przewracają 2015-03-22

Wielki Post zmierza ku końcowi, pełną parą ruszyły przygotowania do świąt. Myjemy okna, sprzątamy piwnicę, kto ma, ten bije prosiaka, kto nie ma, kupuje  mięso na wyroby. Wczoraj brat przyniósł mi świeżynkę. Usmażyłam ją z majerankiem, cebulką i gotowanymi ziemniakami, posypałam po wierzchu zielonym szczypiorkiem i ożarłyśmy się tym, popijając zsiadłym mlekiem, naprawdę nieprzyzwoicie. Wiem, że niezdrowe, wiem, że tuczące i ciężkostrawne, ale pyszne! Dzisiaj specjalnie poszłyśmy na ranną mszę, żeby przed południem obejrzeć loty w Planicy.  Z wypiekami na twarzy  śledziłyśmy wyjątkowo emocjonujący konkurs, kibicując głównie Prewcowi, gdy nagle Panienka zmarszczyła brwi, położyła sobie rękę na brzuchu i powiedziała:
- Chyba mi zaszkodziło to wczorajsze zsiadłe mleko. Flaki mi się przewracają!

No tak… Człowiek sobie coś wymarzy, a życie sobie! Pan Bóg ma poczucie humoru.  Jestem z moją mamą blisko, ale tak naprawdę zrozumiałam ją dopiero wtedy, gdy sama zostałam matką. Rodzice wychowywali nas dość surowo i mnie się to wydawało upierdliwe. Po czubek nosa miałam tych: „Dokąd idziesz?”, „ Z kim?”, „Wróć przed ósmą!” „Ciepłe majtki włóż!” „Jak się czujesz? „Co w szkole?” Pojawiły się moje dzieci i z nimi, pewnie już na zawsze, zniknął mój spokój.  Poszły do szkoły, a ja zostałam z niedającymi się zagłuszyć pytaniami: „Czy ich ktoś nie krzywdzi?” „Czy nie płaczą?” „Czy wszystko jest w porządku?”  Zrozumiałam  Mamaszę i zaczęłam ją kochać inaczej, dojrzalej.
Kiedy Panienka zaczęła zmieniać się w kobietę, marzyłam o chwili, gdy to ona kiedyś zostanie matką. Miałyśmy wspólnie z radością oczekiwać dzieciątka, a dzień, gdy Panienka po raz pierwszy poczuje ruchy swojego maleństwa , zapamiętać i uczcić. Wyszło, jak wyszło. Kamil poleciał daleko, a Panience przewracają się flaki.

 


Współuczestnictwo 2015-03-16

Mam prawo wyrażać swoje opinie, nie tylko na własnym blogu, ale zawsze i wszędzie. Więcej, w sprawach takich, jak obrona życia, mam taki obowiązek. Kiedy nie protestuję, gdy widzę zabójstwo, jestem nie świadkiem, a współwinowajcą.  Są kraje, w których prawo pozwala zabijać ludzi. Ja nie waham się mówić, że to złe prawa i że trzeba je zmienić.  Ile znaczy taki głos matki z mazurskiej wioski w skali kraju i świata? Niewymiernie mało. Ale ja mówić nie przestanę, aż ktoś to usłyszy.
 
Nie każda matka chce urodzić dziecko z gwałtu albo chore genetycznie, nie każdy chce się opiekować śmiertelnie chorym rodzicem. Powiem brutalnie, ale prawdziwie: nikt nie chce! Nikt też nie chce chorować, leżeć bezsilnie w bólu, zdany we wszystkim na opiekę innych. Każdy wolałby, żeby cierpienia nie było, ale ono istnieje i jest wpisane w ludzkie życie. „Nasze plany i nadzieje coś niweczy raz po raz” – śpiewamy często w naszym kościele. Nieszczęścia mogą dotknąć wszystkich, a wtedy nie mamy wyboru, musimy się zmierzyć z cierpieniem. Nie mamy wyboru, powtarzam, bo aborcja lub eutanazja nie jest wyborem, a zbrodnią.  Zabójstwo to nie jest sposób rozwiązywania problemów! Samobójstwo też nie.  Nasze życie to nie gra komputerowa, z której możemy w każdej chwili wyjść. Mamy obowiązek żyć. Mamy też, wszyscy, dostatecznie dużo siły, by nasze życie wytrzymać, by je przeżyć do końca, by się nie załamać. Każdy z nas, nie tylko herosi i męczennicy. Nie bójmy się żyć, nie bójmy się cierpienia. Damy radę! I nie udawajmy takich szlachetnych, którzy mówią: „Zabiję się, żeby moi bliscy nie mieli ze mną kłopotu i nie musieli cierpieć z mojego powodu!” Oni też wytrzymają.  Co nam, ludziom w tym pomaga? Miłość, oczywiście. A co z tymi, którzy jej nie mają? Z matkami, które nie potrafią pokochać niechcianego dziecka, z ludźmi samotnymi, bez rodziny i przyjaciół? Człowiek to istota społeczna. Wszędzie jest pewien procent słabych, nieszczęśników, nieudaczników, ludzi zniewolonych nałogami, albo po prostu głupich, leniwych i niezaradnych. Trudno.  Nie mam wiele, ale godzę się, żeby część moich pieniędzy przeznaczać na opiekę nad ludźmi niechcianymi. Z miłości nie do konkretnego człowieka, a do ludzi. Tak po prostu trzeba. Tak jest przyzwoicie, choć taniej byłoby dać im zastrzyk, albo zagazować. I wmawiać innym we wszystkich mediach, że ich śmierć to nie zbiorowe lub indywidualne tchórzostwo, a właśnie akt odwagi. Godna śmierć! Ze strachu! Co jest godnego w przyznaniu, że nie wytrzymuje się już życia? Że się jest tchórzem?

Nie piszcie mi, że każdy ma prawo decydować sam. Jeżeli, to o swoim życiu. Dziecko w łonie matki nie jest jej własnością. Nikt się go nie pyta, czy chce żyć. Śmiertelnie chory, cierpiący człowiek ma ograniczoną poczytalność. Naszym zadaniem jest ulżyć mu w cierpieniu, sprawić, by chciał żyć i do końca towarzyszyć mu w umieraniu a nie zabić go szybko i bezboleśnie, choć to zdecydowanie tańsze rozwiązanie. Na szczęście ciąża to tylko 9 miesięcy, a śmiertelne choroby także mają swój kres.

Od kilku lat zbieramy plastikowe nakrętki. Najpierw dla Jaśka, który urodził się w zamartwicy, potem dla Dawida, który skoczył do wody i złamał kręgosłup, teraz dla Jakuba, który w wypadku w pracy stracił obie ręce. O Uli, mamie Jaśka i ich życiu możecie przeczytać na blogu www.kochamjaska.pl. Heroizm? Męczeństwo? Nic z tych rzeczy, po prostu życie.

Cywilizacja śmierci, popierająca i legalizująca postawy egoistów i tchórzy, działa na mocy prawa. Jedyne, co ja mogę zrobić, to głośno mówić, że mi się takie prawa nie podobają i głosować przeciw. Z pełną świadomością, że dopóki się ich nie zmieni, wszyscy jesteśmy współwinni śmierci ludzi zabijanych w wyniku aborcji i eutanazji.
 


Godna śmierć, czy godne życie? 2015-03-14

NIE ŻYJE TERRY PRATCHETT. Czytelnicy „Świata Dysku” wiedzą, dlaczego użyłam Capsa. Uwielbiam czytać jego książki. „Warstwy wszechświata” miałam w naszej klubowej bibliotece, różne tomy „Świata Dysku” podrzucał mi do czytania Młody, który na ostatnią gwiazdkę podarował mi też trylogię o Nomach. Najbliższa mi, znanej kociarze, jest książka ”Kot w stanie czystym”. Co roku, gdy szukam domów dla kolejnego stada naszych kociąt, przypominam sobie pratchettowych właścicieli kotów gotowych obdarzyć słodkimi kotkami każdego, kto tylko nie przyjeżdża furgonetką z napisem „Kuśnierz”. Coś jest na rzeczy…

Dzisiaj była kolejna runda prac ogrodowych. Nasza posesja graniczy z lasem, za płotem rosną sosny, świerki, modrzewie i brzozy. W listopadzie nigdy już nie grabimy ogrodu. Ostatnie jesienne liście i szpilki drzew iglastych mają służyć jako zimowe schronienie dla żywego drobiazgu. Dlatego wiosną, zaraz po stopnieniu śniegu, jest tak dużo pracy z usuwaniem ściółki z ogrodu i podwórka. Zajmuje nam to kilka dni, ale pracujemy bez marudzenia, bo tak nas nauczył nasz ojciec.  On szanował i dbał o każde życie. Pochodził  z Kurpiów i starym kurpiowskim zwyczajem przed rozpoczęciem koszenia zboża kazał na każdym polu zostawiać „Przepiórkę”. Pęk rosnących na skraju pola kłosów związywało się kolorowymi wstążeczkami i ozdabiało polnymi kwiatami, tworząc coś w rodzaju altanki, a Tata odmawiał modlitwę:
„Dziękujemy Ci, Panie Wszechświata, za plon, który z Twej łaskawości zbierać będziemy. Spraw, byśmy go w spokoju i z pożytkiem spożyć mogli. A was, polne ptaki i inne stworzenia boże, przepraszamy, że wam dom zabrać musimy.”
 My, dzieci, wierzyliśmy święcie, że przepiórki, kuropatwy i młode zające zamieszkają tym chętniej w tych nigdy nie koszonych „Przepiórkach”, im piękniej je przyozdobimy. Od pokoleń jesteśmy rolnikami. Utrzymujemy się, między innymi, z hodowli zwierząt. Dokładnie wiemy, co to jest wieprzowina i co ją łączy z kwiczącymi w chlewiku prosiakami. Umiemy samodzielnie sprawić wieprzka, kurę czy królika i zrobić z nich kiełbasy, rosół, pasztet czy salceson. Nigdy jednak nie zabijaliśmy bez potrzeby.

 
Terry Pratchett był ateistą, z tych walczących. Chorował na alzheimera i pragnął skorzystać z eutanazji, nielegalnej w Wielkiej Brytanii. Nazywał to,  tak przynajmniej twierdzi Onet, „prawem do godnej śmierci”. O ile wiem, zmarł naturalnie, we własnym domu, w otoczeniu rodziny. Niegodnie?  Odszedł nie będąc niedołężnym i nie cierpiąc, ale czy gdyby umierał zdany na opiekę najbliższych, jego śmierć byłaby niegodna?  Dlaczego?

Przychodząc na świat  człowiek nie zastanawia się, kto mu będzie pomagał żyć. Rodzi się i staje się naturalne, że przez kilka najbliższych lat ktoś go będzie karmił, mył, ubierał i zapewni mu nieustanną, całodobową opiekę, aż przyjdzie dzień, gdy powie: „Ja sam!”.  Dlaczego dla niektórych nie jest naturalne, że u schyłku życia często powraca się do tego stanu? Dlaczego niektórzy twierdzą, że to „niegodne”?  Będąc matką, musiałam z wielu rzeczy zrezygnować. Kiedy przyjdzie na to czas, moje dzieci będą, być może, musiały przeorganizować swoje domy, by zapewnić mi opiekę.  A ja odważę się chorować i przeżyję swoje życie do końca, tak jak to zrobił mój ojciec i jak to robi Mamasza. Godnie.  Nikt mi nie wmówi, że zabijając nienarodzonych, chorych, słabych czy nieszczęśliwych robimy dobre uczynki.  Zwłaszcza  Onet. 


Rekolekcje 2015-03-09

Rekolekcje szkolne Panienka spędza w domu. Jestem katoliczką z tych gorliwych, moherami zwanych i nie wstydzę się tego, ale sensu takiej formacji młodzieży nie widzę za grosz. Jeżeli to już mają być dwa dni wolne od zajęć szkolnych, to niech pójdą lub pojadą rowerem na pielgrzymkę, spędzą dwa dni na medytacji w jakimś klasztorze, obejrzą i wspólnie podyskutują nad filmem o tematyce religijnej, wezmą udział w wielogodzinnym czuwaniu czy coś tam jeszcze, ale niech to będą rzeczywiście dwa dni spędzone na pogłębianiu świadomości religijnej. W szkole mojej córki sprowadza się to do udziału młodzieży w specjalnej mszy z kazaniem. Łącznie z dojściem zajmuje to 2 godziny lekcyjne, wnosi niewiele i ¾ dzieciaków to po prostu olewa. Nie wiem, czy pomysł, by były to dni wolne, pochodzi z ministerstwa, czy jest lokalny i kto na tym korzysta, być może nauczyciele, jeżeli mają za to płacone. Panienka w każdym razie będzie korzystać z rekolekcji w naszej parafii za dwa tygodnie. Na razie pomaga mi w ogrodzie. Mamy piękne przedwiośnie: śnieg leży już tylko w cienistych, głębokich rowach a lód na jeziorze, które oglądam jeżdżąc do miasta, powoli topnieje odsłaniając tafle granatowej wody. Żurawie drą się nieprzytomnie, nad stawami czajki kręcą fikołki a pod brzozą łanem kwitną przebiśniegi. Reszta cebulek dopiero nieśmiało kiełkuje, ale gałęzie  nabrały już kolorów a leszczyna kwitnie żółtymi kreskami. Lubię te kolory: szare niebo, granatową wodę, beżowe trawy i całą gamę brązów drzew, ładnie skontrastowaną białymi łatami śniegu i ciemną zielenią świerków i sosen. Lubię przedwiośnie. Każdy dzień będzie teraz przynosił coś nowego i chociaż oglądam to co roku, już teraz cieszę się, że już wkrótce zobaczę pierwsze krokusy, bazie, przylaszczki, bociany i cytrynki. Na razie przycinamy drzewa owocowe. Ja piłowałam, a Panienka odciągała gałęzie. Jutro, jeżeli nadal będzie tak ciepło, zaczniemy grabić trawnik i rozpalimy ognisko. Może upieczemy kiełbaski? Takie odymione liściowym dymem smakują zupełnie inaczej! Jutro… na tyle odważam się planować.  


Ginekolog 2015-03-09

Szantaż i przekupstwo! Najskuteczniejsze metody negocjacji. Od miesięcy prosiłam, błagałam, tłumaczyłam bez żadnego efektu, ale gdy dwa tygodnie temu Panienka poprosiła o usprawiedliwienie nieobecności w szkole i zwolnienie z WF-u to ja się postawiłam.
- Nie!
- Przecież ciocia mówiła, że powinnam się oszczędzać! Na siatkę już nie chodzę, ale nie mogę ćwiczyć na WF-ie!
- To idź do lekarza po zwolnienie.
- Nie zaniosę do szkoły zwolnienia od ginekologa!
- Jeżeli dasz się zbadać, wystawię ci co zechcesz.
 
I co ja myślałam? Byłam pewna, że kiedy Panienka zobaczy na ekranie swoje dziecko, kiedy usłyszy bicie jego serduszka, przestanie o nim mówić i myśleć „pasożyt”, że zgodzi się je urodzić, że je może nawet pokocha. Tak powinno być, prawda? Życie to nie komedia romantyczna.
 
Do lekarza weszłyśmy razem, ale potem mała została sama.
- Czy będę mogła zobaczyć dziecko?
- Jeżeli pani nie ma nic przeciwko temu, to tak.
Pani. No tak, moja córeczka jest matką.
 
Poproszono mnie po kilkunastu minutach. Dowiedziałam się, że choć społecznie to być może za wcześnie, to biologicznie Panienka jest w dobrym czasie na macierzyństwo. Ciąża rozwija się prawidłowo, płód jest wielkości odpowiedniej do wieku, przewidywany termin porodu to 24 sierpnia.  Pani doktor mówiła tak bardzo medycznie: ciąża, płód a ja chciałam zobaczyć dziecko! Prawdę powiedziawszy, niewiele było widać. Nie tak, jak na filmach w Internecie. Na czarnym tle szare pasma, o których lekarka mówiła, że to główka, plecki, twarz i nosek. Panienka patrzyła bez słowa komentarza, bez uśmiechu, bez jakiejkolwiek reakcji. Tylko słuchając bicia serduszka powiedziała:
- To nie brzmi jak serce. Jest za szybkie, jak tykanie zegarka.
- Tak ma być. Tętno płodu jest dużo szybsze, niż nasze.
 
Panienka zrobiła wszystkie badania dodatkowe zalecone przez panią doktor, a na kolejną wizytę, już z wynikami, poszła sama, bez wydziwiania. Bilet do Anglii ma zarezerwowany na 26 kwietnia. Tatuś już na nią czeka.
 
Panienko, przecież mówiłam  Ci tyle razy, że wychowam i wykocham Twoje dziecko. Dam radę, starczy mi  sił i miłości.  Nazwano mnie tu ofiarą, a przecież jest dokładnie odwrotnie. To my tu, w Wiosce żyjemy prawdziwie i normalnie. Nie inwestujemy w ciuchy i w wygląd, a w relacje z ludźmi. Tu się po prostu nie da inaczej żyć. Nikt nie poradziłby sobie, gdyby został sam, ale też nikt nigdy sam nie zostanie. Nie mam samochodu. Mam prawo jazdy na motor, samochód i ciągnik. Traktorem czasem jeżdżę, jak trzeba, a kiedyś, gdy mieliśmy poloneza,  prowadziłam też samochód. Teraz jeżdżę autobusem, a w weekendy lub wieczorem, gdy muszę, proszę o podwiezienie brata lub kogoś z sąsiadów. Oni też pomagają mi przy niektórych pracach, a ja odwdzięczam im się tym samym. Zawsze mogę liczyć na rodzinę i nie wstydzę się prosić ich o pomoc. Moja rodzina i sąsiedzi to najlepsza polisa ubezpieczeniowa. Nie mam dużo, ale mam wszystko, co mi jest potrzebne: dom, jedzenie, ubranie. Dla dziecka Panienki też wystarczy. Nie chcę mieć więcej. Nie marzę o rzeczach!  Obce mi jest pragnienie nowej bryki, nowej pary butów, sukienki, zegarka lub smartfonu z wodotryskiem.  Prawdę powiedziawszy, kupno zegarka za dwadzieścia  lub torebki za pięć tysięcy złotych uważam za ciężki grzech.  Niektóre przedmioty ułatwiają lub uprzyjemniają życie, ale nie muszą być chyba markowe, najmodniejsze i super drogie? Moja wartość nie liczy się tym, co posiadam, ani nawet nie tym, jak wyglądam!  Nie zaharowuję się na śmierć, by kupić coś, co jest lepsze od sąsiada a prawie takie samo, jak pani z telewizji, za to znajduję czas, by z tym sąsiadem codziennie porozmawiać.  Nie biegam jak chomik w młynku! My tu w popegeerowskiej wiosce w północno-wschodniej Polsce mamy wszyscy z grubsza tyle samo. Pewnie, są wśród nas tacy, i nie jest ich mało, którzy z zawiścią patrzą na każdego, kto ma więcej i są gotowi nawet ukraść, byle mieć podróbę luksusu.  Bóg z nimi, trudno, chyba nie są szczęśliwi. Ja cudzego życia nie pożądam, wiec mam pokój w sercu. Tym pokojem i taką miłością chcę się podzielić z moim wnukiem lub wnuczką. Gdybyś jednak, Panienko, nie mogła się pogodzić z obecnością w naszym domu tego maleństwa, wyrzeknę się go. Z miłości do Ciebie i do tego dziecka zrzeknę się go, pomogę znaleźć mu rodzinę, która je pokocha i wychowa.  Tylko Ty, córeczko, pozwól mu się urodzić.  

 


 


Obowiązek 2015-02-22

Zarzucacie mi, że opisuję nierealny świat, a to Wasze rady są z kosmosu. Moja córka nie jest dzieckiem, które mogłam, nawet wrzeszczące i kopiące, wziąć na ręce i zanieść do lekarza. To już przerabiałam, przy szczepionkach trzy osoby ją trzymały! Proszę mi powiedzieć, jak sobie Państwo REALNIE wyobrażają zaprowadzenie PRZEMOCĄ gdziekolwiek dorosłej kobiety. Proszę to sobie wyobrazić na ulicy! A co mi da sprowadzenie ginekologa do domu? Na oko to ta ciąża rozwija się prawidłowo. Potrzebne jest USG, ale może wszyscy przeginamy, może się nam technika na mózg rzuciła, przecież te wszystkie superbadania robimy od niedawna, kiedyś kobiety po prostu chodziły w ciąży, a pomocy potrzebowały tylko przy porodzie. Córka od 2 miesięcy przyjmuje witaminy, ma prawidłową morfologię i mocz (badanie z końca stycznia), a według mojej bratowej, lekarki, takie epizody bólowe jak ten z czwartku są normalne. Z tego, co pamiętam z własnych doświadczeń, na tym etapie ciąży poza zrobieniem WR nic innego lekarz mi nie zlecał. WR i HIV może sobie zbadać w laboratorium. A psycholog? Czy to czarodziej, a raczej w naszym przypadku czarodziejka, bo znamy te panie? Wiemy, że one muszą być dyskretne, ale jakoś nie mamy ochoty, obie, z nimi rozmawiać. A one same nie mają czarodziejskiej różdżki, żeby od jednego machnięcia wyprostować naszą pogiętą psychikę. Zresztą, nie zrobią tego nawet po wielu godzinach rozmowy. Wracając zaś od teorii do konkretów, to można (sprawdziłam to!) zapisać się na termin pierwszej wizyty w Poradni w połowie kwietnia i potem mieć kolejne 45 minut co dwa-trzy tygodnie, albo pójść prywatnie, 75 złotych za godzinę lekcyjną psychoterapii. Zapłaciłabym więcej, żeby przywrócić Panience spokój i szczęście, ale starcza mi rozumu, żeby wiedzieć, że z psychoterapeutą trzeba współpracować, na siłę nic się nie zrobi. Mała chodzi na rozmowy do naszego Proboszcza, a temu człowiekowi to ja akurat ufam i wiem, że on też w seminarium był kształcony w tym kierunku.

Stara, ja nie mam jarzma i nie chodzę w kieracie. Pamiętam kierat z dzieciństwa. Nasza kobyła, Baśka, chodziła w kółko z klapkami na oczach przyprzężona do belki kieratu, którego przekładnie napędzały sieczkarnię tnącą słomę na sieczkę, zielsko dla świń i buraki dla krowy. Siadaliśmy na belce jak stado wróbli i mieliśmy karuzelę, nie zdając sobie sprawy, że dokładamy pracy kobyłce. Tata nie protestował, a Baśka była silna. Ona miała jarzmo, a tata miał w ręce bat, którym zresztą tylko śmigał w powietrzu. Ona była zniewolona, ja po prostu pracuję. Nie będę ściemniać, nie kocham mycia sedesów, ale robię to dobrze, bo ktoś to musi robić, a mi za to płacą. Płacą przyzwoicie, jak na warunki północno-wschodniej Polski, bo 8 złotych za godzinę. To dużo, tyle zarabia u nas facet na budowie. Niańce płaci się około 3-3,5 zł za godzinę pracy, ale ile ma zapłacić kobieta, która sama leci na minimalnej, a do żłobka jej dziecka nie przyjęli? Głodna nie chodzę, mam w co się ubrać, jak mi na coś niezbędnego bardzo potrzeba pieniędzy, to mi dobrzy ludzie pożyczają. Co miesiąc pewną sumę pieniędzy przysyła mi Najstarszy, Mamasza ma rentę, dzieci stypendia. Tak żyją ludzie w naszym kraju, naprawdę. Nie czujemy się zniewoleni.

Współczesne media zrobiły nam wodę z mózgu, zmieniają już nie tylko nasze postawy, ale i charaktery. Promują skrajny egoizm. Moja wiara mówi, że życie dostajemy od Boga. On nas stwarza, każdego indywidualnie i każdego z jakimś zadaniem do wypełnienia. Życie jest naszym obowiązkiem i składa się z wypełniania obowiązków, które mamy wobec Boga, Ojczyzny, rodziny. Frazes? Dla mnie nie. Tak mnie w domu uczyli rodzice, własnym przykładem. Moi dwaj starsi bracia skończyli studia w Gdańsku. Najstarszy nadal tam mieszka, jest dyrektorem dużej firmy, ma żonę lekarkę i troje dorosłych już dzieci, doczekał się wnuków. Drugi po studiach wstąpił do zakonu werbistów, pracuje w Ameryce Południowej, być może na jesieni przyjedzie do Polski na dłużej. Siostra jest pielęgniarką w Mieście. Odkąd ostatnie z ich dzieci wyjechało na studia rozkoszuje się z mężem i psem przestrzenią swojego dwupokojowego mieszkania. Młodszy brat mieszka w naszej wiosce. Razem z moją ziemią, którą dzierżawi, pracuje na 60 hektarach. Pomaga mi zawsze, gdy tego potrzebuję.

Byłam tuż przed maturą, gdy na raka nerki zachorował nasz Tata. Chorował prawie dwa lata. Ostatnie pół roku życia spędził leżąc w łóżku, bo przerzuty do kręgosłupa uniemożliwiały mu chodzenie. To ja i Młodszy mieliśmy obowiązek pomóc Mamaszy w opiece nad nim. Przerzuty sprawiły, że Tata nie miał kontroli nad zwieraczami. To był koniec lat osiemdziesiątych, nikomu nie śniło się, że mogą być pampersy dla dorosłych, problemem była wata, lignina i papier toaletowy. Na ceracie kładliśmy pół wełnianego koca, na to lniane, idealnie wyprasowane i naciągnięte prześcieradło. Ktoś nam powiedział, że wełna i len są dobrą profilaktyką odleżyn. Miałam sześć takich kompletów, prałam je na zmianę. Siostra była świeżo po ślubie, za preferencyjny kredyt dla młodych małżeństw kupiła automat polara i bez wahania dała go nam, sama tetrowe pieluchy swojej córeczki piorąc w naszej frani, czyli, młodzi czytelnicy, pralce bez wirówki i bez funkcji płukania, do której wodę wlewało się ręcznie. Codziennie po wielokroć nacierałam plecy, pośladki i nogi Taty spirytusem salicylowym. Umarł nie mając odleżyn. Młodszy w każdy pogodny dzień wynosił go na ławkę do ogrodu. Siadał i trzymał go na rękach, jak dziecko, bo nie mieliśmy wózka inwalidzkiego, a z fotela trudno go było podnosić, był wysokim i mimo choroby ciężkim mężczyzną. Tata bardzo cierpiał. Maksymalna zalecana dawka leków przeciwbólowych, które przyjmował co sześć godzin, nie starczała. Kiedy ból się nasilał, zaczynał odmawiać Różaniec, potem urywanym, świszczącym głosem szeptał Godzinki, w końcu zaczynał „Pod Twoją obronę…”. Wtedy podawałam kolejną dawkę i ze ściśniętym sercem patrzyłam, jak z kącika oka łzy spływały mu po policzku do ucha i na poduszkę. Nigdy się nie skarżył. Mówił, że ofiarowuje Bogu swoje cierpienia, by nam ich oszczędzić. Czy to tak można, czy to tak działa i czy się udało, nie wiem. Powtarzał, że Pan Bóg mu życie dał i tylko On ma prawo je zabrać, a my, ludzie, mamy obowiązek żyć i chronić każde życie. Nauczył mnie godności i odwagi.

Po jego śmierci Mamaszy już nie było stać na studia ani dla mnie, ani dla Młodszego. Kiedy dostałam odprawę z PGR-u, mogłam zacząć naukę, Najstarszy proponował mi pokój u siebie. Wolałam wyjść za mąż. Potem chciałam studiować zaocznie, ale mąż pracował sześć dni w tygodniu, do domu wracał wieczorem, a Młody był jeszcze mały, Panienka chorowita, Mamasza już niewidoma. Zostałam w domu z własnego wyboru.
Obowiązek. Moja Panienka powtarza tylko, co chce zrobić, w ogóle nie zastanawiając się, co zrobić powinna. Nie ja ją tego nauczyłam. Spędzając pięć dni w tygodniu w internacie wiedziała, że jej obowiązkiem jest w sobotę pracować w domu i ogrodzie. Będąc stypendystką Dzieła Nowego Tysiąclecia traktowała też naukę jako swój obowiązek. Została matką. I nagle w tym najważniejszym w jej dotychczasowym życiu doświadczeniu, zaczyna mówić jak dzieciak: „Ja nie chcę!”. Czas już przestać myśleć jak dziecko, Panienko. Czas się zastanowić, co powinnaś zrobić.  
No i dziś nie ma o gilach i sikorkach. Szkoda. O ptaszkach było łatwiej, wstawałam spokojniejsza.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]